Blog poświęcony jest hańbiącej Polskę praktyce 'czyszczenia kamienic' przez środowiska neo-kamieniczników i skutkach tej patologii dla idei państwa obywatelskiego. Powstał on w rezultacie naszych własnych doświadczeń z czyścicielem kamienic z Poznania.
Dzisiaj mija 17 lat od pierwszego 'ataku' czyściciela kamienic Piotra B.......ego na nasz dom w jednej z centralnie położonych dzielnic willowych w
Poznaniu.
14 stycznia 2009 roku we wczesnych godzinach popołudniowych, Piotr B.....ski, czyściciel kamienic z Poznania, rozszczelnił w naszym domu instalację
gazową pod ciśnieniem. Jedenastu mieszkańców domu
wielorodzinnego zostało pozbawionych ciepłej wody, ogrzewania i
możliwości gotowania w środku zimy przy minusowych temperaturach.
Piotr B.....ski jeden z największych w
Poznaniu kamieniczników i czyścicieli kamienic, we wrześniu 2008 r. kupił parter w naszym domu i
tym samym stał się jednym z jego trzech współwłaścicieli.
Tuż po
zakupie dwu lokali na parterze (zamieszkałych przez lokatorów kwaterunkowych) od trzeciej ówczesnej
współwłaścicielki, która w domu nie zamieszkiwała, Piotr B......kiprzyszedł do nas,
pozostałych dwu współwłaścicieli domu mieszkających na piętrze, i złożył nam propozycję 'nie do
odrzucenia'. Zapowiedział nam mianowicie, że jeżeli nie wyprowadzimy się z naszych mieszkań, z naszej własności, sprzedając mu je tak by miał całość domu,
to 'będzie nam utrudniał życie w tej nieruchomości na wszelkie możliwe
sposoby'. Oczywiście odmówiliśmy. Wizyta czyściciela miała miejsce we
wrześniu 2008 roku.
14 stycznia 2009 r. czyściciel Piotr B.....ski przystąpił
do pierwszego ataku. Przez nasłanego przez siebie pracownika firmy
swojej żony rozszczelnił instalację gazową w swoim garażu i wezwał
Pogotowie Gazowe, które stwierdziło 'awarię' i zamknęło dopływ gazu do
budynku. Na dramatyczne wezwania współwłaścicieli i lokatorów by
udostępnił garaż do naprawy instalacji Piotr B.....ski odpowiadał odmownie.
Sprawa została zgłoszona do Prokuratury, która ją umorzyła, następnie po
zażaleniu ponownie wszczęła, i ponownie umorzyła, i ponownie wszczęła i
ponownie umorzyła i tak jeszcze dwa razy (po skargach do Prokuratury
Generalnej).
Ostatnia skarga z 2018 roku do Prokuratury Okręgowej w
Poznaniu zaskutkowała obietnicą Prokuratora, że sprawą się ponownie
zajmą tym bardziej, że wystąpiły nowe okoliczności, które się pojawiły w
trakcie kliku procesów przeciwko czyścicielowi.
Na razie, 17 lat po 'sprowadzeniu niebezpieczeństwa wybuchu zagrażającemu życiu ludzi
i/lub mieniu dużych rozmiarów', według odpowiedniego paragrafu z kk,
czyściciel kamienic Piotr B.....ski nie został oskarżony w tej sprawie i uszło mu to płazem. Prokuratura w trzech próbach zainteresowania jej sprawą celowej dewastacji instalacji gazowej nie podjęła żadnych działań by przeprowadzić rzetelne i wiarygodne śleedztwo.
"W czwartek prokurator Łukasz Stanke zmienił zarzuty stawiane Tomaszowi J.,
podejrzanemu o zamordowanie swojej żony i spowodowanie eksplozji gazu w
kamienicy. Teraz ma odpowiadać za pięć zabójstw, w tym cztery z
zamiarem ewentualnym i usiłowanie zabójstwa 34 osób, czyli mieszkańców
kamienicy.
- Nie ma dowodu, że chciał te konkretne osoby zabić. Ale godził się na
to, że w wyniku wybuchu mogą one zginąć. Dlatego właśnie uznałem to za
usiłowanie zabójstwa z zamiarem ewentualnym - mówi prokurator Stanke w
wypowiedzi dla Gazety Wyborczej.
- Wahałem się, jaką przyjąć
kwalifikację prawną. Przyjąłem, że jeśli osoba rozkręca instalację
gazową, to musi liczyć się ze skutkami. To nie było zwykłe odkręcenie
kurków. Każdy człowiek wie, czym grozi celowe uszkodzenie instalacji
gazowej - dodaje."
W kamienicy, w której mieszkam, było tak samo. 14 stycznia 2009 r. nowy, owczesny współwłaściciel naszego domu na Sołaczu w Poznaniu, Piotr B....ki (z zawodu czyściciela kamienic, który od 1995 roku wyczyścił dziesiątki kamienic i domów wielorodzinnych z lokatorów bandyckimi metodami) rozszczelnił instalację gazową w celu spowodowania wycieku gazu i doprowadzenia do zamknięcia jego dopływu do budynku. A to w celu przymuszenia pozostałych mieszkańców i współwłaścicieli do wyprowadzki. Od tego czasu pięć postępowań prokuratorskich zakończyło się umorzeniami. Dlaczego, panie prokuratorze Stanke, to nie pan prowadził te sprawy? Może by już ten typ, który to zrobił, siedział w więzieniu i nie stwarzał zagrożenia dla innych potencjalnych ofiar swojej czyścicielskiej działalności?
Wczoraj, 19 października 2018 r., Sąd Apelacyjny w Poznaniu uniewinnił mnie w sprawie o
zniesławienie i pomówienie, którą wytoczył mi z oskarżenia prywatnego Piotr B.....ski
największy czyściciel kamienic w Poznaniu. Wytoczył mi sprawę po
tym jak po pięciu latach biernego przyglądania się przez państwo
polskie dziesiątkom aktów nękaniu nas przez czyściciela w naszej współwłasności i
w naszym własnym mieszkaniu postanowiłem dokumentować jego czyścicielskie
działania. Zacząłem umieszczać filmy z nagranymi wyczynami czyściciela w Internecie
i założyłem bloga, w którym opisywałem całą naszą historię od początku
wejścia czyściciela do naszej nieruchomości w 2008 roku. To właśnie te
filmy i posty z bloga stały się podstawą oskarżenia, które czyściciel wniósł do
sądu w kwietniu 2015 roku.
Sąd pierwszej instancji skazał mnie w maju br
na 3 miesiące więzienia w zawieszeniu na dwa lata !!!
Wczoraj Sąd
apelacyjny uniewinnił mnie ze wszystkich stawianych mi zarzutów. Ustne
uzasadnienie wyroku, które Sąd wygłosił na sali było bardzo ciekawe.
To
już siódma wygrana przeze mnie sprawa z Piotrem B.....skim, czyścicielem kamienic z Poznania i współdziałającą z nim jego konkubiną Anną K..szą. Łącznie odbyło się ponad 100
rozpraw - na wszystkich byłem! Została mi jeszcze jedna sprawa, która
trwa.
Zamieszczam obszerne fragmenty artykułu z wiadomości onetpl (http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/smierc-brzeskiej-jak-mafia-pokonala-panstwo/fz79snm
o morderstwie Jolanty Brzeskiej i 'współpracy' państwa polskiego z jej mordercami czyli mafią czyścicielsko-kamienicznkarsko-urzędniczo-prawniczo-miejską. Wstrząsający ponownie artykuł pokazujący, że w tym kraju jest tylko jedno możliwe rozwiązanie. Inne się nie sprawdziły.
Foto: Radek Pietruszka / PAPUroczystość otwarcia Skweru im. Jolanty Brzeskiej. Uczczono w ten sposób 6 rocznicę zabójstwa Jolanty Brzeskiej
Polskie państwo robiło wszystko, byśmy nigdy nie poznali
prawdy o zabójstwie Jolanty Brzeskiej. Najpierw skutecznie zatarło
ślady, a potem starało się ukręcić łeb sprawie. Mafia okazała się
silniejsza, niż ludzie powołani do jej ścigania.
Widzieliśmy dokument Prokuratury Krajowej z lipca 2016 r.
Zbadała ona gruntownie dotychczasowy przebieg śledztwa. Wiele mówi on o
starannym zacieraniu śladów na miejscu zdarzenia i innych błędach
śledztwa
W pierwszym śledztwie służby same zadbały o zatarcie śladów, a
przyjęcie wersji o samobójstwie miało zamknąć sprawę – twierdzi nasze
źródło
Świadek, który wykonał zdjęcia na miejscu zdarzenia, wpadł w
tarapaty. "Nie wiedział, że nadepnął na odcisk mafii" – mówi nam jeden z
rozmówców. Dziś prokuratura sprawdza, czy nie jest pedofilem
Policjant, który wykazywał się największą aktywnością w śledztwie, nagle został z niego wyłączony
"Czyścicieli kamienic" prokuratura przesłuchała dopiero siedem miesięcy po zabójstwie Brzeskiej
Służby dysponują nagraniami dokumentującymi ostatnie chwile
życia Brzeskiej tylko dlatego, że na własną rękę zdobyła je
pełnomocniczka córki
Magda Brzeska miała problemy nawet ze zgłoszeniem zaginięcia matki – jeszcze zanim ujawniono zwłoki
O nowym śledztwie dowiedziała się z telewizji. – Ziobro zrobił przedstawienie, ale nie mam pojęcia, o jakich dowodach mówił
Politycy PiS tłumaczyli w mediach, że Brzeską "zabiła mafia
reprywatyzacyjna", tymczasem służby sprawdzały zupełnie inną wersję.
Zachowywały się tak, jakby o zabójstwo zaczęły podejrzewać... córkę
Magda Brzeska: W końcu pękłam. Zaczęłam krzyczeć: O co wy
pytacie? Sądzicie, że wywiozłam moją mamę do lasu, polałam benzyną i
spaliłam?
Śmierć Jolanty Brzeskiej wstrząsnęła
Polską. 1 marca 2011 r. ktoś wywiózł ją z centrum Warszawy do
podmiejskiego Lasu Kabackiego. Tam jej ciało zostało polane olejem
napędowym i podpalone. Jeszcze żyła, gdy w całości pokryły ją płomienie. Umierała w cierpieniu, którego nie sposób sobie wyobrazić.
REKLAMA
Opisując
historię Jolanty Brzeskiej na podstawie rozmów z naszymi źródłami i
będącego w naszym posiadaniu raportu samej prokuratury o przebiegu
śledztwa, stawiamy polskiemu państwu poważny akt oskarżenia. Mało tu
bowiem powodów do optymizmu: zagubiona policja, amatorska prokuratura i
politycy, którzy na sprawę patrzą przez pryzmat sondażowych słupków.
Jolanta Brzeska była ikoną ruchu
lokatorskiego i założycielką Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów.
Konsekwentnie walczyła zarówno o swoje prawa, jak i prawa mieszkańców
wyrzucanych ze zreprywatyzowanych mieszkań przez tajemniczych
kamieniczników. Szczególnie naraziła się tzw. czyścicielom kamienic,
którzy bez skrupułów i często z użyciem przemocy pozbywali się
niewygodnych lokatorów. Brzeska jako ostatnia w całym budynku na
warszawskim Mokotowie nie dała się wyrzucić na bruk. Stała się ciężarem.
Konsekwentnie walczyła o swoje prawa i tę walkę przypłaciła życiem.
Szukanie ofiarnego kozła
Z naszych informacji wyłania się ponury obraz pracy policji i prokuratury na miejscu zdarzenia w Lesie Kabackim. Osoba dobrze poinformowana w śledztwie: –
Zwłoki Brzeskiej odnalazł przypadkowo przechodzący tam chłopak. Stał się
olbrzymim problemem, bo zaczął utrudniać zacieranie śladów. Ten chłopak
to syn policjanta, w Lesie Kabackim urządzał sobie sesje fotograficzne.
Gdy odkrył spalone zwłoki, postanowił je sfotografować z myślą, że
przydadzą się policji. Nie wiedział jednego, że nadepnął na odcisk
mafii. Policja początkowo szczegółowymi zdjęciami
z miejsca zdarzenia nie była zainteresowana. Świadek tłumaczył
funkcjonariuszom, że "był na plenerze foto", ale nikt go nie dopytywał o
żadne szczegóły. Nasz informator: – Chłopak się łapał za
głowę, gdy na miejsce wpadło kilka policyjnych samochodów, a
funkcjonariusze bez skrępowania biegali wokół zwłok. Tak starannie
zacierali ślady, że gdyby nie te fotografie, to szczegółów nikt by już
nie odtworzył. Zabójcy po prostu mieli pecha. Nie mogli przewidzieć, że
obok zwłok przejdzie akurat syn policjanta z aparatem foto.Świadek, który przekazał policji cenne
dowody, a przy okazji podważał profesjonalizm pracy policjantów, wkrótce
sam zaczął mieć kłopoty. Według naszych źródeł, po dwóch latach
prokurator chciał mu postawić zarzut nieudzielenia pomocy. Miał także
szczegółowo sprawdzać jego połączenia telefoniczne. – To wszystko
pachniało kompletnym absurdem. Ten chłopak mówił, że spalone ciało pani
Brzeskiej przypominało leżący manekin. A oni mu zarzuty nieudzielenia
pomocy chcieli stawiać! To nie koniec. Jak się dowiedzieliśmy,
kłopotliwym świadkiem właśnie zajmuje się Prokuratura Regionalna w
Gdańsku, która przejęła śledztwo w sprawie Jolanty Brzeskiej po
interwencji ministra Ziobry. Po sześciu latach od odnalezienia przez
świadka zwłok Brzeskiej śledczy sprawdzają, czy nie jest on… pedofilem. W tym celu policja zabrała jego aparat
fotograficzny, dysk zewnętrzny i kartę pamięci. Nie udało nam się
ustalić, na jakiej podstawie prokuratura nagle podjęła takie działania.
Wiemy tylko, że biegli szukali na nośnikach pornografii.
O sprawę pytamy prok. Macieja Załęskiego. –
Potwierdzam podjęcie decyzji o zabezpieczeniu nośników pamięci
elektronicznej – mówi. Jednak powodów, dla których takie działania
zostały podjęte, zdradzić nie chce. Dodaje tylko: – W trakcie jednego z
przeszukań zabezpieczono materiały, które wyłączono do odrębnego
postępowania, bo nie dotyczyły przedmiotu śledztwa. Osoba dobrze znająca śledztwo: – To
wygląda na próbę znalezienia kozła ofiarnego. Boję się o tego chłopaka.
Ponosi karę za to, że znalazł się w złym miejscu i w złym czasie.
Jak zacierano ślady
O starannym zacieraniu śladów na miejscu
zdarzenia wiele mówi dokument Prokuratury Krajowej z lipca ub.r.
Prokuratura na polecenie Zbigniewa Ziobry zbadała gruntownie
dotychczasowy przebieg śledztwa. Okazuje się, że na miejscu ujawnienia
zwłok nie przeprowadzono oględzin i nie przeszukano terenu. Tymczasem
policyjny pies podjął trop, który zgubił dopiero, dochodząc do
asfaltowej drogi. Tam mógł znajdować się pojazd służący do przewiezienia
Brzeskiej. "Zabezpieczenie śladów na miejscu
zdarzenia było niedokładne, albowiem świadek [tu pada jej imię i
nazwisko, to inny świadek od opisanego powyżej; dane zachowujemy do
naszej wiadomości – red.) w kwietniu 2011 r. ujawniła tam i następnie
przekazała policji cztery nadpalone kawałki materiału, przez co
wcześniej nie zostały one poddane badaniom fizykochemicznym. Świadczy to
niestety o braku profesjonalizmu, skoro nie wszystkie ślady zabezpiecza
na miejscu zdarzenia organ procesowy, a po kilku dniach świadek
dostarcza je na policję" – piszą autorzy raportu z PK.W dokumencie znajduje się także
informacja, że badania zabezpieczonych śladów i przedmiotów były zlecane
"na raty". Wszystko wskazuje więc na to, że prowadzący postępowanie nie
miał koncepcji, co i jak badać.
(....)
Samobójstwo jedyną wersją
W planie śledztwa samobójstwo Jolanty Brzeskiej przyjęto początkowo jako jedyną możliwą wersję. To był kolejny błąd. Jak czytamy w audycie Prokuratury
Krajowej, Brzeska nigdy nikomu nie wspominała, że myśli o odebraniu
sobie życia. Nie zostawiła listu pożegnalnego, a ostatniego dnia swego
życia była na poczcie, brała udział w zajęciach Uniwersytetu Trzeciego
Wieku, a w banku wypłacała pieniądze. Miejsce odnalezienia jej ciała
jest znacznie oddalone od miejsca jej zamieszkania. Poza tym
samopodpalenie jest bardzo drastyczne i niesie ze sobą ogromny ból i
cierpienie. Samobójca szuka raczej szybkiego sposobu na odebranie sobie
życia. – Mama nie była osobą, która poszłaby do
lasu i się podpaliła – mówi nam Magda Brzeska, córka pani Jolanty. –
Nawet jeśli taka myśl przeszłaby jej przez głowę, to chciałaby głośno
zademonstrować swój sprzeciw. Zwróciłaby uwagę na problem
reprywatyzacji. Przed śmiercią pukała od drzwi do drzwi, od gabinetu do
gabinetu: PiS, PO, SLD... Każdemu była w stanie zaprzedać duszę, ale
wszędzie całowała klamkę. Wszyscy mieli ją gdzieś.
"Czyściciele kamienic" pod ochroną?
Do olbrzymich zaniedbań doszło podczas
zbierania dowodów dotyczących ewentualnego udziału w zabójstwie dwóch
mężczyzn: Huberta M. i Marka M. (prokuratura podaje w raporcie ich pełne
nazwiska), którzy przejmując w Warszawie kilkanaście nieruchomości wraz
z ich mieszkańcami, w tym kamienicę, w której mieszkała Brzeska,
stworzyli duet określany przez lokatorów jako "czyściciele kamienic"."Od samego początku pojawiały się nazwiska
M. i M." – czytamy w audycie PK. Jednak mimo wskazań świadków, śledczy
przesłuchali ich dopiero osiem miesięcy po zabójstwie Brzeskiej – 3 i 7
listopada 2011 r. "Po takim czasie nie byli oni w stanie kategorycznie
podać, co robili krytycznego dnia, gdzie i w jakim czasie przebywali" –
stwierdzają audytorzy.
Osoba dobrze znająca śledztwo: – Brzeska
się bała. Któregoś dnia pan M. ze swoimi gorylami odwiedził ją w
obecności policjantów. To było wtedy, gdy przepiłował sztaby
antywłamaniowe, chcąc wystraszyć Brzeską i zniechęcić do dalszego
zajmowania lokalu. Policjanci asystowali i przekonywali, że wszystko
dzieje się zgodnie z prawem. I nikt nie widział w tym problemu! Czy nie
tak działa mafia? – mówi nasz rozmówca.I dodaje: – To była zwarta ekipa, pan M., jego siłacze i policja.Policja nie zbadała także samochodu
należącego do Huberta M. ani nie sprawdziła alibi obu panów na dzień
zabójstwa. Nie zainteresowano się też pojazdem kierowcy prawej ręki
Marka M. – Kamila K., który był osobą notowaną, a z którym czynności
przeprowadzono dopiero 15 stycznia 2013 r., blisko 2 lata po zabójstwie.
Dlaczego było to takie ważne? "Chodziło o zbadanie, czy mogły być [w
samochodzie] ślady Jolanty Brzeskiej" – zaznaczają śledczy.Ponadto Marek M. zeznał, że 3 marca, a
więc dwa dni po zniknięciu pani Brzeskiej, miał kolizję drogową. Jego
samochód uległ całkowitemu zniszczeniu i został odstawiony do warsztatu.
Śledczy ten trop także zlekceważyli – do ubezpieczyciela z pytaniem o
tę sprawę wystąpili dopiero pod koniec grudnia. Także oględziny pojazdu
Marka M. pod kątem ujawnienia ewentualnych śladów Jolanty Brzeskiej
przeprowadzono już po jego nabyciu przez inną osobę.
Byli i dobrzy
Według naszych informacji, rozpaczliwe
próby rozwiązania zagadki śmierci Brzeskiej podejmowali równocześnie z
oficjalnym śledztwem inni policjanci.Nasz informator: – Pozytywnie wyróżniał
się Wydział do Walki z Korupcją. Szczególnie zaangażowali się dwaj
funkcjonariusze, którzy zarzucili szeroką sieć na Marka M. Mieli
nadzieję, że wpadnie na czymkolwiek, tak jak Al Capone wpadł na
podatkach. Ale w końcu rozłożyli ręce: niby mieli wiele punktów
zaczepienia, ale brakowało dowodów, by postawić jakiekolwiek zarzuty. Były warszawski policjant: – W pewnym
momencie sprawą zaczął interesować się pewien młody i ambitny policjant z
Wydziału Zabójstw. Był bardzo aktywny, sprawdzał dawne ślady, szukał
nowych powiązań ze śmiercią Brzeskiej. W pewnym momencie w Pałacu
(chodzi o siedzibę policji w Warszawie – red.) zorientowali się, że
węszy za daleko. Został odsunięty. Córka Brzeskiej: – Rzeczywiście, wiem, o
którego policjanta chodzi. Był najjaśniejszą postacią tego śledztwa.
Słuch nagle po nim zaginął.
Tajemnicza wizyta
Błędy popełniano na każdym etapie
postępowania. Jak się okazuje, nie dokonano niezwłocznie oględzin
mieszkania denatki, mimo że już 7 marca 2011 r. policja wiedziała, że
znalezione w Lasku Kabackim zwłoki to Jolanta Brzeska. Uczyniono to
dopiero dziewięć dni później, 16 marca, i to – jak czytamy w raporcie –
„bez efektu, gdyż córka denatki była w tym mieszkaniu i zmieniła stan
faktyczny poprzez zbieranie różnych przedmiotów”.O wspomnienie tamtego dnia prosimy Magdę
Brzeską. – Nie wiem, dlaczego nie zaplombowano ani nie obejrzano
mieszkania. Niektórzy mówią, że ja je wysprzątałam, ale to nie jest
prawda. Tak uznała prokuratura? Kompletna bzdura! Ja wyrzuciłam jedynie
śmieci, stare mięso z lodówki, no i pozmywałam naczynia. I tyle! Nawet
nie odkurzałam – opowiada córka zamordowanej działaczki. Z opowieści i zeznań córki Brzeskiej
wynika, że policjanci stawili się w mieszkaniu już 7 marca 2011 roku. W
prokuraturze nie ma jednak żadnego dokumentu dotyczącego tego faktu.
(...)
Nikt nie chce przyjąć zaginięcia
Niełatwo było także zgłosić zaginięcie Brzeskiej, jeszcze zanim w Lesie Kabackim odnaleziono jej zwłoki.Taką próbę podjęła córka na komisariacie
przy ul. Malczewskiego na Mokotowie w Warszawie. W teorii przyjmuje się,
że zaginięcia policja odnotowuje po upływie 24 godzin od zniknięcia
danej osoby. Choć w tym przypadku było już znacznie później,
funkcjonariusze z przyjęciem zgłoszenia mocno się ociągali. Najpierw
kazali dostarczyć zdjęcie.Magda Brzeska wróciła więc do rodzinnego
Legionowa po drugiej stronie Warszawy i żeby nie tracić więcej czasu,
postanowiła zgłosić zaginięcie już na miejscu. Tam jednak z powrotem
odesłano ją na ul. Malczewskiego, gdzie zgłoszenie nareszcie przyjęto.
Wówczas pojawił się jednak problem z wydaniem odpowiedniego
zaświadczenia, przez co rodzina ofiary miała problem z przekazaniem
sprawy do Fundacji Itaka, pomagającej odnaleźć zaginionych. Po kilku dniach doszło do kolejnego
dziwnego zdarzenia. Magda Brzeska w domu swojej mamy odnalazła
pozostawiony przez nią dowód wypłaty dokonanej w dniu zaginięcia w
jednym z banków. Z papierem udała się na policję, ale i tym
funkcjonariusze nie byli zainteresowani. Dokument przyjęli dopiero po
kilku tygodniach.
Prowokacja się nie udała
Gdy w sierpniu 2016 r. Zbigniew Ziobro –
pięć lat po zabójstwie Brzeskiej – na konferencji prasowej zapowiedział
nowe śledztwo, nadzieja na ustalenie sprawców odżyła. Zwłaszcza że
minister zasugerował, że w sprawie doszło do przełomu. Mówił o nowych
dowodach i potwierdzał teorię o zabójstwie.
Jak twierdzą nasi informatorzy, dokładnie
tego dnia włączono podsłuchy na kilku telefonach osób, które mogły brać –
zdaniem śledczych – udział w zabójstwie Jolanty Brzeskiej. – Liczyliśmy
na to, że konferencja prasowa ministra sprawiedliwości, który ogłosił,
że Jolanta Brzeska została zamordowana, wywoła jakąś reakcję u
podsłuchiwanych osób. Niestety nic takiego się nie wydarzyło i nic się
nie nagrało – mówi nam jeden z funkcjonariuszy.
Od czasu konferencji minęło prawie 10
miesięcy. Zarzutów nie postawiono nikomu. – Powiem szczerze: mam żal do
pana Ziobry. Powiedział, że są dowody, no to dlaczego ich nie pokazał?
Na co czeka? A tak w ogóle to, o jakie dowody chodzi? – zastanawia się
Magda Brzeska. I nie kryje irytacji. – Mam też żal, że
nikt z ministerstwa ani prokuratury nawet mnie nie poinformował o tych
rzekomo nowych dowodach. O wszystkim dowiedziałam się z telewizji.
Wyszedł pan Ziobro i zrobił pokazówę, ale sądzę, że chodziło mu po
prostu o polityczny zysk. Jak im wszystkim. A że wykorzystał nasze
emocje i na nowo rozgrzebał stary dramat? A co go to interesuje?
Gdańską prokuraturę, która przejęła
śledztwo po kolegach z Warszawy, pytamy, czy polskie państwo nie mogło
zachować się z większą gracją. Otrzymujemy lakoniczną i formalną
odpowiedź: "Z przepisów procedury karnej wynika konieczność
poinformowania strony w formie pisemnej o wydaniu postanowienia o
podjęciu sprawy z umorzenia". Ta "pisemna forma" rzeczywiście trafiła do Magdy Brzeskiej – kilka tygodni po głośnej konferencji ministra.
(....)
"Ktoś tu chce komuś dowalić"
Magda Brzeska: – Ja bym chciała, żeby ktoś
mnie potraktował poważnie. Wiecie panowie, że ja oficjalnie nadal nie
wiem, że moja mama nie żyje? Oficjalnie nie wiem, że wyniki DNA
zaświadczają o tym, że ciało należy do mojej mamy. Spostrzegłam
niedawno, po tylu latach, że nikt mnie nie poinformował! Czyli ja cały
czas jestem w tym śledztwie, a właściwie mnie nie ma.
Według naszych ustaleń, śledczy z Gdańska
nie tylko skupili część działań na tropieniu rzekomej pedofilii u
jednego ze świadków oraz na wątku Magdy Brzeskiej, ale też sami nie
ustrzegli się formalnych błędów. Kilka miesięcy temu córce Jolanty
Brzeskiej zostały przesłane dokumenty dotyczące sprawy, z kopią do
pełnomocnika. Nie wzięto jednak pod uwagę, że do nowego śledztwa kobieta
mogła zatrudnić już innego prawnika albo nie mieć go wcale. I tak w istocie się stało – gdańska
prokuratura niepubliczne dokumenty przekazała w ręce osoby, która
Brzeskiej już nie reprezentowała. – Tak, to prawda. Moja była
pełnomocniczka nieźle się zdziwiła – potwierdza nam córka.
Śledczy się bronią. W oświadczeniu
przesłanym Onetowi piszą: "Przepisy prawa nie przewidują ustania
pełnomocnictwa na skutek wydania decyzji o umorzeniu postępowania
przygotowawczego. Brak jest podstaw prawnych do występowania do strony z
zapytaniem, czy ustanowione wcześniej pełnomocnictwo jest nadal
aktualne".
Jeszcze raz Magda Brzeska: –
Przyzwyczaiłam się do bałaganu. To obrzydliwe, co powiem, ale ja się
cieszę, że matkę skremowałam, bo tak to by ją wyciągali, badali i
powodowali u mnie dodatkowy ból. Bo oni nie zdają sobie sprawy, że każdy
taki powrót do tej sprawy, to dla nas ból i olbrzymie przeżycie. Ja
widzę jedno: przyszli nowi i za wszelką cenę chcą komuś dowalić.
Najbardziej drugiej stronie sceny politycznej. Pan Ziobro sobie wychodzi
przed kamery i coś ogłasza, ale nie mam wrażenia, że komukolwiek
jeszcze chodzi o to, by odkryć prawdę. Choć tak bardzo chciałabym się
mylić.
Chcesz porozmawiać o tej sprawie? Napisz! janusz.schwertner@grupaonet.pl
Zorganizowana przestępczość w sektorze nieruchomości kwitnie w Polsce od początku lat 90-ych. 'Odzyskiwanie' kamienic w zburzonych po wojnie miastach na podstawie fikcyjnych dokumentów, wyzbywanie się przez miasta kamienic komunalnych wraz z lokatorami po śmiesznie niskich cenach i inne sposoby to standard działania neo-kamieniczników, czyścicieli kamienic, którzy przy walnej współpracy szemranych banków, skundlonych prawników, skorumpowanych pracowników sądów, geopozów i ratusza przejmują i zawłaszczają przestrzeń komunalną i wspólną. Mechanizmy tego zorganizowanego przestępstwa do którego dopuściła neo-liberalna postawa poprzednich rządzących są tak proste i oczywiste, że aż trudno w to uwierzyć.
Link poniżej łączy z wywiadem z jednym z uczestników tego procederu:
Jeszcze jeden artykuł o morderstwie Brzeskiej dokonanym na zlecenie czyścicieli kamienic z Warszawy z dwutygodnika internetowego "Kontakt" z 3 marca 2014 roku, a więc przed dojściem pisu do władzy. Jak widać ten artykuł jak i inne publikacje nie dały nic PO-PSL do myślenia. Link do tego artykułu jest tu: